Barbados – Saint Lucia – Saint Vincent i Grenadyny

BARBADOS

Obiecałam Barbados, jest i Barbados 🙂

Wyspa nie za duża, 430 km², co oznacza, że ma jakieś 35 km długości i 22 km szerokości…
282 tys mieszkańców, którzy w przewadze mieszkają w stolicy Bridgetown i jej okolicy. Niepodległa od 1966 roku, ma własną walutę, dolara barbadoskiego 🙂 , a głową państwa jest (?) … tak! brawo! zgadza się! – Królowa Brytyjska!

Barbados lekko odbiega od linii, którą tworzą Małe Antyle, gdyż jest mocno wysunięta na wschód i leży na wysokości mniej więcej St. Vincent i Grenadyn.

Skąd wzięła się nazwa wyspy?
Portugalczycy zwrócili uwagę na miejscową odmianę figowca, tworzącego dużą siatkę korzeni, przypominającą ich własną splątaną brodę. Drzewa te nazwano „drzewami brodatymi” (barbados), a potem nazwa przeszła na całą wyspę. Ot taka prosta historyjka.

To czego możecie nie wiedzieć, to fakt, że wschodnia cześć wyspy różni się zasadniczo od zachodniej. To jak Dr Jekyll and Mr Hyde, nie przesadzam.

Po zachodniej stronie wyspy, jest elegancko i kosztownie, a wysokie ogrodzenia skutecznie utrudniają spojrzenie w głąb, w stronę wymuskanych plaż i rezydencji. Pola golfowe widać z daleka, gdyż ich gładka trawka podkreśla każdą nierówność terenu, są i drogie auta i piękne, rozległe, utopione w zieleni domy. Hotele gromadzą „znanych i lubianych” w księgach gości, a emeryci w okresie sezonu zwiedzają sklepy wolnocłowe i wydają spore sumy na rum, biżuterię i pamiątki. Jest też miejsce na urocze kwiatowe łuki przy plaży, przy których pary biorą wymarzone śluby, bądź też pędzają swój romantyczny miesiąc miodowy w łóżkach z baldachimami. Tu zawsze świecie słońce, palmy rzucają cień na biało-piaszczyste plaże, a kolor wody jest lazurowy.
W sumie przewidywalna nuda.

Dzięki Bogu mamy też wschodnie i południowe wybrzeże. Jak określają je lokalni „dramatic side of Barbados”. To tu fale Oceanu Atlantyckiego z hukiem rozbijają się o klify i kamienie, zatoki wyglądają spektakularnie, a wyświechtane wiatrem drzewa tworzą bardzo dynamiczny krajobraz. Wybrzeże jest zasadniczo puste, choć można też trafić na kilka wiosek rybackich. Krajobrazy zmieniają się z każdym przejechanym kilometrem. Jest pięknie, dziko, naturalnie.

północ wyspy

Na odmianę południe wyspy opanowane jest przez surferów. Najczęściej widać ich wieczorami, gdy pojawiają się w poszukiwaniu najlepszych, najdłuższych i najwyższych fal.
W listopadzie odbywają się tu doroczne mistrzostwa Karaibów w surfingu. Warunki są znakomite.

A co w środku wyspy? Hmm. Niemało.
Wnętrze wyspy jest rolnicze. Stąd pochodzi wspaniały rum Kill Devil, Mount Gay czy Doorly’s. A skąd rum na wyspie?
Oto skrócona historia wyspy by odpowiedzieć na to pytanie.
Pierwszymi mieszkańcami Barbadosu byli Indianie Arawakowie, którzy dostali się tu z Wenezueli. Na wyspie posadzili kukurydzę, kasawę czyli maniok i gwajawę, hodowali ptactwo i wyglądało, że żyć tu będą długo i szczęśliwie. Tak się nie stało. Zostali zastąpieni Karibami. Karibowie byli więksi, silniejsi, malowali ciała na czerwono i byli wojownikami. Ponoć to właśnie od nazwy ich plemienia pochodzi słowo kanibal. Ale nawet wojowniczy kanibale nie potrafili stawić oporu hiszpańskim muszkietom i ….. ospie, którą zarazili się od hiszpańskich konkwistadorów.
Tą sytuację, czyli opustoszałą nagle wyspę, wykorzystali Brytyjczycy i ją przejęli. Wykarczowali lasy i zaczęli od hodowli imbiru, kakao, tytoniu, a skończyli na trzcinie cukrowej przywiezionej z Brazylii.
Przy uprawie trzciny cukrowej jest sporo pracy, szacuje się, że na Karaiby trafiło ok. 4–5 milionów Afrykańczyków by jej podołać! Do Stanów Zjednoczonych przywieziono ich 400 tysięcy.
A od trzciny cukrowej już blisko do rumu 🙂 …. jak wiemy.
Aby rum był rumem spełnione muszą być jedynie dwa warunki: zawartość alkoholu – w Europie minimalna moc tego alkoholu to 37,5%, w USA 40%, a wszystko poniżej tej wartości nie jest rumem oraz warunek drugi – rum musi być produkowany z trzciny cukrowej. Niezależnie od tego, czy jest to sok z trzciny cukrowej, syrop czy melasa.

W północnej części wyspy można zobaczyć jeden z dwóch na świecie w pełni sprawnych wiatraków używanych do wyciskania soku z trzciny cukrowej. Ten – czyli słynny Morgan Lewis został oczywiście odrestaurowany. W sezonie upraw, od lutego do lipca, jego śmigła są odpowiednio ustawiane i puszczone w ruch w jedną niedzielę każdego miesiąca, mieląc trzcinę i dostarczając sok z trzciny.

Zajrzeliśmy także do anglikańskiego kościoła Św. Jana i na przykościelny cmentarz, który nas bardzo zainteresował. Znajduje się tu grobowiec jegomościa, który chciał być pochowany w pionie. I tak też go pochowano! Do grobowca schodzi się po paru schodkach – co zresztą widać na poniższym zdjęciu 🙂

Kościół Św. Jana wybudowano w w 1645 roku, został zniszczony przez pożar i odbudowany 1676, zniszczony przez huragan i odbudowany w 1836 roku. Przeszedł więc długą drogę.

Duże wrażenie zrobiła na mnie także wizyta w Sunbury Plantation. To taka Mała Anglia z czasów kolonialnych. Ma się wrażenie, że ze schodów zejdzie elegantka, w długiej sukni i kapeluszu oraz obowiązkowych rękawiczkach na dłoniach, która po wizycie w kościele pojedzie na wyścigi konne, a potem umówi się na herbatkę z przyjaciółkami, którą poda ubrana w wykrochmalony biały czepek czarna służąca. Jej mąż za to zasiądzie przy szklaneczce rumu i cygarze z kolegami i opowiadać będą sobie o wspaniałych zbiorach tego sezonu.
Dom jest pięknie utrzymany, wnętrza pełne bibelotów z epoki, od wyszywanych sukienek dla lalek, po zastawę stołową, kryształy i porcelanę dla kilkudziesięciu osób. Warto poświęcić chwilę by w spokoju obejrzeć to miejsce.

I została jeszcze stolica wyspy Bridgetown. W okresie niskiego sezonu, senne, zachmurzone i takie trochę denerwujące miasteczko. W sumie standard karaibskich portów przyjmujących wycieczkowce. Mamy tu port, w którym, i zacumuje duży statek, i znajdą sobie miejsce piękne jachty, strefę wolnocłową, sklepy, sklepy, sklepy, trochę knajpek, budynki administracyjne, nobliwy budynek parlamentu, kościół, Plac Niepodległości, destylarnię rumu Mount Gay, podobno najstarszą komercyjną destylarnię funkcjonującą od 1703 roku i malutkie drewniane domki z reguły pokryte blachą falistą będące w lepszym, bądź gorszym stanie.
A i jest jeszcze jedno miejsce, o którym można wspomnieć. Największą sławą pochodzącą z Barbadosu jest Rihanna, mieszkała i wychowywała się na przedmieściach Bridgetown do szesnastego roku życia 🙂 – fani mogą zobaczyć jej dom.


To chyba tyle o tej wyspie słońca, znanej jako Mała Anglia i mającej niejedno oblicze.
Kolej na Saint Lucię.

SAINT LUCIA
Jest nieco większa od Barbadosu, ma 616 km², czyli jakieś 43 km na 22 km. Mieszka tu 184 tys osób. Najwięcej koncentruje się wokół stolicy Castris. Nie wiem czy jeszcze o tym pisać, ale dla porządku nadmienię, że głową państwa jest… Królowa Brytyjska 🙂

Linia brzegowa wyspy jest urozmaicona, sporo tu głębokich zatoczek i ładnych plaż. Wyspa jest bardo górzysta, zielona, wilgotna i zawsze kojarząca mi się z dużymi hotelami, położonymi na wzgórzach kaskadowo, wybieranymi przez pary na podróż poślubną.
Jest lekka różnica w tym co widać w folderze wakacyjnym, a realem, ale w końcu firmy są po to by sprzedawać marzenia 🙂

Przylecieliśmy do Castris wieczorem. Powietrze było wilgotne i gorące. Deszcz wisiał w powietrzu. Zatrzymaliśmy się w małym hoteliku Auberge Seraphine położonym niedaleko lotniska, przy niewielkiej marinie, w której cumowało sporo łódek i jachtów.
Widok z tarasu był piękny, a mnogość młodych czapli dających od rana niezły popis niesłychana.

Samo Castries to 10 ulic w tą i 10 w drugą stronę. Mini miasteczko na samym końcu głębokiej zatoki, gdzie znalazło się miejsce dla strefy wolnocłowej, kościoła, portu, mini placyków, targu i uliczek zabudowanych, jak na całych Karaibach drewnianymi domkami pokrytymi blachą falistą. Wiele z nich było w kiepskim stanie, nie wspominając o jakości ulic, czy chodników. Za to dzieciaki, zawsze zwracam na to uwagę i zawsze zaskakuje mnie fakt, że jednak się da, te w wieku szkolnym wszystkie w porządnych, szkolnych mundurkach.

Government House czyli Dom Rządowy jest oficjalną rezydencją gubernatora generalnego Saint Lucia od czasu gdy Saint Lucia stała się niepodległym państwem w 1979 roku.
Dom położony jest malowniczo na grzbiecie Morne Fortune, nad Castries. Ze wzgórza rozpościera się ładny widok na całą zatokę i miasto położone poniżej.
Pierwszy Dom Rządowy, który został zbudowany w tym miejscu, został zniszczony, jeszcze przed jego ukończeniem, przez huragan w 1817 roku. Budowę obecnego, murowanego rozpoczęto na miejscu poprzedniego w 1894 roku i zakończono rok później. Wygląda bardzo nobliwie.

Muszę przyznać, że przejazd z Castries w kierunku południowego wschodu do Soufriere, to mały rollercoster. Zakręt goni zakręt, to w dół to w górę. Krajobrazy się zmieniają, niezmienna jest tylko otaczająca zieleń i ocean wokół.

Po tysięcznym zakręcie zatrzymaliśmy się przy lokalnym straganie położonym „in the middle of nowhere” mając nadzieję, na coś drobnego do zjedzenia, może jakiś sok czy choćby wodę, ale ku naszemu zdziwieniu lokalsi sprzedawali tylko… piwo i rum.
Skorzystaliśmy, cóż było robić 🙂
P.S. no dobrze, były jeszcze ketchupy z różnych owoców i warzyw 😉

Dla mnie Saint Lucia zostanie w pamięci wyspą dwóch pitonów. To niewątpliwie znak rozpoznawczy wyspy. Dwa wzniesienia pochodzenia wulkanicznego czyli Gros Piton i Petit Piton zaczęły wyłaniać się zza kolejnych zakrętów, jeszcze przed wioską Soufriere.
Pitony zostały w 2004 roku wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Gros Piton ma wysokość 771 m n.p.m., a Petit 743 m n.p.m. Idąc szlakiem turystycznym The Tet Paul Nature Trail można podziwiać widoki na zatokę Jalousie i Gros Piton. Jest to piękny zakątek wyspy i warto tu zajrzeć.

Ciekawostką może być fakt, ze najpopularniejsze piwo na Saint Lucia nazywa się Piton, pitonów jest więc na wsypie znacznie więcej niż dwa 😉

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy wulkanie Soufriere, który leży u stóp miasteczka. Czynny krater można zobaczyć, a nawet poczuć. Siarkowe zapachy roznoszą się po całej okolicy. A widoczki są takie:

Samo Soufriere jest średnio atrakcyjne. Ot kolejne biednawe, drewniane domki, przy kilku małych uliczkach. Na Saint Lucia inwestuje się w wielkie hotele, ale mieszkańcy wyspy żyją skromnie. Bogaczy w Soufriere nie uświadczysz.

A na koniec jeszcze owoc kakaowca, z jego pestkami otoczonymi lekko cierpkim miąższem. Pyszne i ożywcze!

W kilku słowach podsumowania powiedziałabym tak, że widać, że na wyspę albo przypływają wycieczkowce, zatrzymujące się tu od 09.00 do 17.00 i w tym czasie turyści zwiedzają wyżej opisane miejsca – może jeszcze dodatkowo ogród Botaniczny i tzw. Diamentowy Wodospad – i pędzą dalej. Albo przylatują tu turyści do jednego z eleganckich kurortów, gdzie korzystają z infrastruktury nie mając pojęcia, o tym jak wygląda życie mieszkańców. Z tego co zdołaliśmy zaobserwować nie jest ono aż tak różowe, jest bardziej jak farba na tych drewnianych domeczkach, dość kolorowe, lekko obdarte, mocno wytarte, trochę zapyziałe, brudnawe i ciut się łuszczy. Dobrze, że jest słońce, ciepło, wszechobecna, karaibska muzyka i proste ale pyszne jedzenie. Proste rzeczy cieszą 🙂

A teraz szybkie przenosiny na St. Vincent i Grenadyny.

SAINT VINCENT I GRENADYNY

Gdzie jest Saint Vincent i Grenadyny?
W pasie Małych Antyli oczywiście, tuż pod Saint Lucią, a nad Grenadą. Państwo składa się z głównej wyspy St. Vincent i 31 Grenadyn, z których tylko 9 jest zamieszkałych.
Powierzchnia kraju to prawie 390 km², a żyje tu prawie 120 tys osób najczęściej pochodzenia afrykańskiego oraz mieszanego.
Kto tu rządzi?
Saint Vincent i Grenadyny rządzone są jako demokracja parlamentarna i monarchia konstytucyjna. Znana nam już dobrze brytyjska królowa Elżbieta II jest głową państwa i jest reprezentowana przez Generalnego Gubernatora. Jednak władza wykonawcza rządu jest przede wszystkim w rękach wybranego premiera.

My wylądowaliśmy w stolicy Kingstown.
Jaka jest stolica Saint Vincent i Grenadyn?
Miasto otoczone jest stromymi wzgórzami, od północy Berkshire Hill, a od południa Cane Garden Point i położone jest w zatoce. Pierwsze co się rzuca w oczy to spory port oraz domki rozsiane po wzgórzach i kaskadowo opadające w kierunku morza.
Historia wyspy mówi, że pierwsi europejscy koloniści odwiedzili St.Vincent już w 1511 roku, ale nie założyli żadnych osad, gdyż wyjątkowo nieprzychylnie witali ich lokalni mieszkańcy wyspy Karaibowie (Karibowie).
Chociaż Wielka Brytania zajęła wyspę w 1629 roku, to dopiero Francuzi byli pierwszymi kolonistami, którzy założyli stałą osadę i nastąpiło to w 1719 roku, 90 lat później. Wtedy też zaczęli uprawiać tytoń, indygo, kawę i trzcinę cukrową wykorzystując niewolniczą siłę roboczą.
Kingstown zostało założone przez francuskich osadników po 1722 roku, a ogród botaniczny, który tu powstał w 1765 roku jest jednym z najstarszych ogrodów botanicznych na półkuli zachodniej. Warto tam zajrzeć 🙂
Po stuleciach europejskich rządów Saint Vincent i Grenadyny odzyskały niepodległość 27 października 1979 roku, a Kingstown stało się stolicą nowego niepodległego państwa.

W mieście można zaleźć kilka przykładów oryginalnej kolonialnej architektury. Zobaczcie poniżej Katedrę Św. Jerzego w otoczeniu starego cmentarza, czy mroczną Katedrę oraz Szkołę Św. Marii. Takie budynki od razu zostają w pamięci.

Szkoła St.Mary’s oraz Katedra

W stolicy SVG, jak często nazywa się St. Vincent i Grenadyny można też zajrzeć do Fortu Charlotte, dawnych fortyfikacji obronnych, które znajdują się na lewej flance portu. W dalszym ciągu widać ogólne założenia fortu, stoi tu do tej pory sporo armat, które obecnie stanowią atrakcję turystyczną. Trzeba przyznać, że pod kątem strategicznym miejsce było niewątpliwie dobrze przemyślane, bo widok z góry jest niczym niezakłócony.

Jak na wielu Karaibskich wyspach i na SVG jest bardzo zielono, po wyjechaniu z terenu zabudowanego, jest pięknie, aż gęsto od wibrującej roślinności. Zieleń jest wszędzie, pokrywa wzgórza, zwisa z drzew …. nie ma miejsca na puste przestrzenie.

Na wyspie hoduje się przede wszystkim banany, ale także gałkę muszkatołową, bawełnę, kakao oraz bataty. Ciekawostką dla tych, którzy zajmują się zdrowym żywieniem jest to, że na St.Vincent produkuje się najwięcej na świecie maranty trzcinowej – rośliny o bulwiastych kłączach, z których wytwarza się mączkę skrobiową, tzw. arrowroot, stosowaną w produkcji odżywek i dań dietetycznych.

Jak możecie się domyślić w kraju aż tak wyspiarskim bardzo popularne jest żeglarstwo oraz wszelkiego rodzaju regaty. Wiele osób przemieszcza się pomiędzy poszczególnymi wyspami kraju jachtami. Wspominałam, że tylko 9 z 32 wysp tworzących państwo jest zamieszkała, jest to pociągające, szczególnie dla tych, którzy chcą poczuć się jak zdobywcy nieodkrytych lądów albo jak Robinson Crusoe 🙂

Wyspy mają także swoje małe tajemnice, np. Tobago Cays mają ponoć najpiękniejsze rafy, a czynny wulkan La Soufriere, na St. Vincent można zdobyć! Ostatnio wybuchł 1979 roku, więc zagrożenie nie jest wielkie, a przygoda wspaniała!

Jeszcze słów parę o St.Vincent. Jeśli ktoś lubi wodospady, to się nie rozczaruje, gdyż Dark View Falls robią wrażenie, a biegnący w ich kierunku bambusowy most wiszący jest nie mniejszą atrakcją. A to nie jedyne wodospady na wyspie, są też Trinity Falls czy Falls of Baleine.

Poniżej załączam parę migawek z wyspy, bo i zatoczki są ładne, i stare rozsypujące się fabryczki, i sposób przemieszczania się ludzi 🙂 , i ich karaibskie mini drewniane domki pokryte blachą falistą, jak zwykle malowniczo wkomponowują się w krajobraz.

Na koniec zajrzeliśmy do parku Layou Petroglyph Park, aby obejrzeć wyryte w skałach rysunki (petroglify), pozostawione tu przez Indian Arawaków.

ponoć powstały w 600 roku ….

Jednym rozczarowaniem, które przeżyłam jadąc ten spory kawałek wybrzeżem wyspy, było to, że nie widziałam żadnych spektakularnych plaż. Głównie były przyzwoite zatoczki z lekko szarym piaskiem i ładną przejrzystą wodą, ale wiem, że są tu i ładne, białe plaże i średnie szare, a dla koneserów nawet czarne 🙂

To co warto mieć w głowie wybierając się w rejony Małych Antyli, to fakt, że wyspy są naprawdę malutkie i dla takich niecierpliwców jak ja, trzeba łączyć ich parę by wyjazd był naprawdę atrakcyjny 🙂
Dla tych, którzy lubią leniuchować i smażyć boczki jedna wyspa na pobyt wystarczy…

Niedługo obiecana część o Grenadzie, Trynidadzie i Tobago, a potem jeszcze o Haiti i może Bonairze oraz Curacao. Jeśli wystarczy mi i Wam cierpliwości… 😉